Szukaj
  • Marta Tygrys Pokorska-Jurek

Najlepiej bawię się sama





Odkąd pojawił się w moim domu, wiem wreszcie co to znaczy mieć czas na przyjemności. Zwlekałam z jego zakupem. Wstydziłam, że bez niego sobie nie radzę, choć przeczuwałam, że z nim może mi być po prostu lepiej. Zniechęcała mnie cena. Wiadomo - porządny kosztuje, a te tańsze to właściwie jednorazówki. Ale mój przyjaciel wart był swoich pieniędzy.


Wszędzie się mieści, cicho pracuje, łatwo się go czyści, krótko ładuje. Najpierw nie mogłam się napatrzeć, kiedy był w akcji. Z czułością śledziłam jego zwinne, rotacyjne ruchy. Wysławiałam pod niebiosa tego, kto wynalazł ten dający tyle euforii gadżet. Zazwyczaj szukałam go pod łóżkiem, ale można go trzymać, gdzie się chce bo jego skromny design nie rzuca się w oczy. Czułam przeszywający zachwyt i szczęście. Wkrótce okazało się, że uwielbiają go nie tylko kobiety, ale i mężczyźni. Niektórzy nazywają je imieniem, doklejają oczy, traktują jako członka rodziny. Doprawdy, nie ma to jak odkurzacz samobieżny.



Wprawiłam w konsternę? Każdy mierzy swoją miarką, choć nie rozmiar ma tu znaczenie. Mój to wprawdzie kopia rumby, ale nie nyndzna. Ssie powierzchnie płaskie jak złoto. Po mążodejściu chciałam zrobić sobie dobrze. Nie mogło być lepiej. Odkurzacz oczyścił atmosferę przypodłogową i dał nadzieję na lepsze jutro. Dobra, trochę się nabijam, ale fakt faktem - bez niego nie widzę przyszłości.


Ciągnijmy do znudzenia temat gadżetów. Kupiłam ci ja router, który również mnie kontentuje, choć nie ssie, a emituje. Cieszy mnie, bo sobie tak nazywam sieć fifirifi, że od razu mi cieplej na duszy. Moja pamięć jest niewierna jeśli chodzi o zapamiętywanie haseł, toteż ciągle muszę od nowa kompatybilizować sieć (czy cholera wie, jak to się nazywa), co łączy się z permanentną zmianą nazewnictwa. Moja sieć nosiła już nazwy - sieć tygrysicy, lord vader, ciemna strona, dramat i tragedia. Czas pandemii natchnął mnie na fifirifi “wszyscy umrzemy”. Zawsze się śmieję pod wąsem ze swojego dowcipu. Forever alone.


Oglądam strasznie dziwne rzeczy w telewizorze. Same baby. W zasadzie walki kobiet. Baby walczące, zmagające się z przeciwnościami losu, wrestling z życiem. Avangersi, supermeni, batmani - nie bawią mnie. Śmieszą. Mężczyźni żeby ruszyć do akcji muszą przestać być sobą. Przyoblec się w rajstopki, fryzjerskie pelerynki, podkręcić lok, doczepić sobie blachy, albo chociaż obnażyć. W skarpety i podwiązki pakują cały anturage akcesoriów z własnym logo. Być może to przez te przebieranki supermężczyźni mają problem z tożsamością i szukają potwierdzenia swojej męskości w gadżetach. Ich świat widziany jest przez pryzmat daltonisty. Podział jest dychotomiczny. Albo albo. Albo ktoś jest dobry, albo bardzo zły. Dobzi biją się na śmierć z parszywym elementem, który już z daleka oznaczony jest odpowiednią kolorystyką, tak dla jasności, kto jest po ciemnej stronie mocy. Żli robią rzeczy paskudne i lecą holistycznie - jak niszczyć to planetę, jak przejmować władzę to nad światem, jak porywać kobiety, to tylko cycate. Zło chichra i przebiera paluszkami w crocsie jak widzi spadającego z drzewa kotka. A dobrzy robią dobrze do bólu i tęczotrysku w pysku. Państwo wybaczą, ale to nie na moje gałki.


Z kim walczą kobiety? Z mężczyznami, z przeszłością, z przemocą, z niesprawiedliwością, z innymi kobietami, ze słabościami, z lubością. I to jest dopiero walka. Walczą też “o...”. O siebie, o dzieci, o przyszłość, o sprawiedliwość i o. I to jest rozrywka. A jak walczą to zrzucają maski, nie przebierają w słowach, stają się wreszcie sobą i przestają udawać. Filmy o bohaterkach kobiecych są kolażem psychologicznym. Nie ma do końca złych złych. Postaci utkane są z patchworku wad i zalet, nie ma dobra i zła, jest status “to skomplikowane”. I to mnie cieszy. Cieszy mnie feria nieoczywistych barw, nie czarnobiel ani odcienie szarości. Zło nie ginie. Ale i to co złe robi dobrze. Mnie to bawi. Samą?


Pamiętam takie wystąpienie Reese Whiterspoon o bohaterkach kobiecych w filmach i że męska, patriarchalna, narracja wreszcie musi się z zmienić. Że kobieta to nie gratis do mężczyzny. Ona krucha, ułomna, delikatna i pytająca “what we gonna do now?”. Aktorka słusznie twierdzi, że rzadko kiedy kobieta pyta - “i co my teraz zrobimy?”. Zwłaszcza mężczyzny. Chyba, że partnera, ale tedy postanawiają wspólnie. Ale żeby kobieta nie wiedziała co robić? No nie żartujmy. Albo żeby pytała o to gościa, który nie zna kolejności zakładania gaci? Chyba, że dla żartu.


Kobieta nie pyta. Chyba, że retoryczne. To faktycznie może się zdarzyć. Najpiękniejsze w tych wszystkich historiach, prawdziwych, czy fabularyzowanych jest to, że czasami ciężki wstrząs przynosi lepsze jutro. Po żałobie - czy to po dezercji męża, czy niedajboże stracie psa, okazuje się, że można żyć dalej i pełniej. Lepiej. Ale dopiero, gdy pożegna się z tym, co było i pogodzi z utratą. Kiedy się do siebie dojdzie i odzyska się siebie.


“Tak bardzo brakowało mi mnie” śpiewa Natalia Przybysz. I mnie mnie brakowało. Po różnych perypetiach uczuciowych przez ostatnią dekadę stwierdzam, że najlepiej bawię się sama. Jako osobne ciało twórcze, jednostka samodzielna. Bynajmniej, nie oznacza to samotności. Ale o bycie w pełni sobą. Wtedy łatwiej się dzielić i dawać siebie. A nie dawać się.









247 wyświetlenia

©2020 by Tygrys. Stworzone przy pomocy Wix.com