Szukaj
  • Marta Tygrys Pokorska-Jurek

Robię tylko dobrze

Aktualizacja: maj 19





Jest jeden zwierzak, który choć leciwy, znalazł się w naszym domu już po pojawieniu się Helenki na świecie. To zwierz najmniejszy, choć najgroźniejszy. Najstarszy, choć najżwawszy. Najżarłoczniejszy, choć o najmniejszym żołądku. To Pipson we własnej postaci. Można opowiadać bajki z jakich to magicznych przyczyn Pipi pojawiła się w naszym domu. A to, że podrzuciły ją gremliny, że wypadła małpie spod ogona, albo że wyczarowała ją wróżka zębuszka. Nic z tego. Prawda jest zgoła inną. A że tylko prawda nas wyzwoli, oto i moja historia.


A było to tak. Alfred po wakacjach nad jeziorem śmierdział dokumentnie i splątał sierść w koszmarne kołtuny, których nijak nie szło rozczesać. A że lata mamy, niestety coraz gorętsze, to podjęłam decyzję - trzeba naszego psa profesjonalnie ostrzyc. To nie takie łatwe znaleźć renomowanego fryzjera, który podejmie się zbliżenia do psa, który wyglądem i gabarytem przypomina młodszego brata niedźwiedzia grizli. Dlatego znalazłam fryzjera z najgorszą opinią w okolicy i udało mi się zaawizować nas już na następny dzień.


Psi Fryzjer mieścił się w przerobionym mieszkaniu na którymś tam piętrze kamienicy i próżno było szukać choćby skrawka szyldu. Kto wie, może psie fryzjerstwo to brudny interes? Zaraz po wejściu do środka okazało się, że lokal, choć mały mieści w sobie też studio paznokcia (przestraszona klientka podskoczyła z hybrydą), zaś fryzjerka strzyże i czeszę wszystkie ssaki małe i duże - poczynając od psów, przez dzieci, kobiety, aż po mężczyzn. W każdym razie ani płeć, ani rasa, wiek czy nawet gatunek nie sprawiały jej wyraźnej różnicy. Rezolutna ciachmistrzyni wprowadziła nas do mikrego pomieszczania przeznaczonego głównie jednak dla czworonożnych. Powitało nas groźne obszczekanie zza żelaznej klatki. Siedziały w niej dwa prawie łyse tak małe yorki, że gdyby nie tembr pomyślałabym, że to wściekłe chomiki.


Bardzo się ucieszyłam, że mój pies jest wielki i łagodny jak baran z przysłowia i nie muszę się użerać z tak małym inwentarzem.


- Szukam im domu. Już im raz znalazłam, ale wróciły bo wszędzie sikają - zwróciła się do mnie fryzjerka - ich poprzednia właścicielka kupiła sobie nowego pieska i te chciała oddać do schroniska. Cały czas je trzymała w tej klatce więc nie są nauczone sikania. To matka i córka więc nie można ich rozdzielić. - tu się trochę zdziwiłam bo u psów to naturalna kolej rzeczy. No ale słuchałam monologu dalej - miały tak zepsute zęby, że musiały mieć prawie wszystkie wyrwane. Są stare - mają 6 i 10 lat. - zachwalała dalej. - Srają też w domu.


Powiedziałam, że oczywiście popytam znajomych, czy aby nie chcą tak dobrze zapowiadających się psów bo ja to nie mogę bo mam już psa i kota. Fryzjerka na to, że ona to ma koty dwa i psów siedem więc makao. I zabrała Alfreda do łazienki. Pod prysznic. Taki, kurde, zwyczajny prysznic, jak u mnie w domu. Żadnych tam takich wanienek z hydromasażem ani bali dedykowanych psim potrzebom. Prysznic z brodzikiem i z ceratką.


Zostałam sama z yorkami, które wreszcie się uspokoiły. Faktycznie, klatka wyłożona matami była cała zasikana. Wyjęłam zwierzaki z więzienia i przytuliłam. Miały takie miłe, takie ciepłe brzuszki. Nigdy w życiu nie trzymałam na rękach tak tycich psów. Mówiąc szczerze to zawsze kontestowałam yorki i uważałam je za podpsy, coś między gryzoniem a psem. Jednak te yorki były z kontekstem. Zrobiło mi się ich żal. Bo jakim prawem można być tak nieodpowiedzialnym, i z dnia na dzień porzucić członków rodziny. I to jeszcze dla nowego ssaka? Oczywiście można tu szukać analogii do tego co mnie spotkało osobiście i tu upatrywać dalszych moich decyzji, ale nie uprzedzajmy i tak znanych już faktów.


Po intensywnym boju w łazience wyszła mokra i potargana fryzjerka z trzepiącym się co rusz Alfredem. Alfred dał jej się podsuszyć suszarką z dyfuzorem. Dokładnie taką samą jak ja mam. Stwierdziła, że nie może mu zgolić sierści bo mu nie odrośnie na zimę, ale mu obetnie kołtuny i spróbuje rozczesać sierść. Zgoliła za usługę słono, a mimo wszystko to ja zadzwoniłam następnego dnia. - Pani szykuje te yorki. Biorę je.

I tak oto, pomnożyłam nasz dobytek. Spotęgowałam go wręcz.


Odkąd stałam się samotną matką musiałam się zmienić. Zmieniłam się na lepsze i zmieniłam się na dobre. Przestałam się bać rachunków, rond, pająków, węży i popełniania błędów. Stałam się harda, twarda, skuteczna, waleczna i śmiała. Być może właśnie dlatego nie bałam się śmiało popełnić błędu jakim było przygarnięcie dwóch psów z defektami. Poczułam się dobrze ze swoją decyzją. To była decyzja słuszna i dobra. Udowodniłam sobie i światu, że jestem dorosłą i odpowiedzialną kobietą, która podejmuje rozważne i przemyślane decyzje. Tak, teraz też się z tego śmieję.


Alfred zaakceptował Pipi i Tunię, które sięgały mu nie dalej niż do kostek. Nie widział w nich dużego zagrożenia, prawdopodobnie w ogóle ich nie zauważał. Kot Maurycy miał mieszane uczucia. Z jednej strony je znienawidził, a z drugiej nie polubił. Niestety Yorki to teriery. Teriery to psy myśliwskie. Onegdaj tępiły myszy i szczury. Okazało się jednak, że wystarczy im do szczęścia pogonienie kota. Alfred nie widział wcześniej frajdy w bieganiu za Mauryckiem, ale dał się wciągnąć w te stadne rozrywki. No właśnie. Stadne. Stado. Wzięłam do domu stado. Stado, które z uporem maniaka zaganiało Maurycego w koci róg i obszczekiwało. A Mauryc biedny nie wiedział jak się bronić przed takim stareo-double-surround. W dodatku yorki go podgryzały. To nic, że dziąsłami bo zębów już nie miały. Niesmak pozostał. Duma została nadszarpnięta. Kot zaczął sikać z zemsty do łóżek.


Dom wariatów. Cholerny dom wariatów. Cholernie cuchnący dom wariatów. W dodatku dom samotnej matki. Hela gania yorki, yorki kota, kot ucieka, Alfred szczeka. No i mam ten mocz. Wszędzie mocz. Z mopem się nie rozstaję. Pralka w końcu staje. Zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Odkąd mój małżonek postanowił się uniezależnić, na pokrzepienie serca słuchałam piosenek Wioletty Villas. Czyżbym się upodabniała do mojej idolki? Boże, ty spaghetti potworze! Za jakie grzechy? Czy to karma wraca? Tak, czasem wraca. Nie mam doświadczenia w karmieniu małych psów więc daję im dużo. A one jedzą po kokardę. Tę na grzywce. Więc tak, karma wraca.


Dzielnie trwam w swoich postanowieniach. Tak zrobiłam i basta. To była moja decyzja. Muszę ponieść jej konsekwencje. Ciekawe jest też to jak reagują ludzie. Wszyscy oczywiście na początku zachwycają mą dobrocią serca i przeklinają szwarccharakter poprzedniej pani Pipi i Tusi. Moja samoocena rośnie. Poznaję nowych sąsiadów, zdobywam szacun na ulicy. A potem okazuje się, że ludzie to się jednak kręcą młynek przy skroni, szczególnie, gdy odwracam się by ścierać psie siuśki. Pipi i Tunia zyskują u mnie przydomek świńyorki.


Znajomi gdy mnie odwiedzają robią po kryjomu yorkom zdjęcia i umieszczają ogłoszenia na facebooku i olx. Oburzam się. Ale w końcu mięknie. I kiedy znajduje się chętna rodzina na Tusię, oddaję. I znów wiem, że popełniam dobrą decyzję. Czy da się popełniać same dobre decyzje? Da się. Niemal dochodzi do punktu zwrotnego, gdy okazuje się, że Tusia ma jednak nie 6 a 10 lat! Fryzjerka zaniżyła jej metrykę aż o 4 lata. Och, gdyby każdy fryzjer potrafił tak odmładzać!


Zostaje Pipi. Peepee - Siusiusiusiu. “Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.” Mam kota Maurycego, psa Alfreda i yorka Pipi. To nie brzmi poważnie. Jakoś tak odstaje. Jest dysonans. Pipi zostaje przechrzczona na Pipsona. Pipson pod inną nazwą równie nie pachnie. Ale coś się zmienia. Pipson zaczyna mojeć. Okazuje się, że odcięcie matki od córki bardzo korzystnie wpływa na oba świńyorki. Tusia nie sika, Pipi nie sra. W sensie indoor. No i Maurycy jest w stanie się bronić. Przestaje lać do łóżek, chodzi po domu i rezerwuje przestrzeń posępnym warczeniem.


Pipson wciąż zostawia mokre niespodzianki. Uwielbia sikać szczególnie na dopiero co myte podłogi. Ale stała się psem przytulaśnym, psem na kolanko. Psem do miziania za uszkiem i po brzuszku. I nawet sypia czasem ze mną pod kołdrą. Moja mama mówi żeby Pipsonowi też znaleźć inny dom. Za późno. Już pokochałam Pipsona, już jej nie oddam.


Doświadczenie z Yorkami nauczyło mnie, że nigdy nie należy mówić nigdy oraz że czasami powinno się mówić - nigdy w życiu. Dowiedziałam się też wiele o sobie i o swoich potrzebach. Między innymi o tym, że jeszcze powinnam z moim psychoterapeutą poruszyć temat asertywności. Doświadczenie z yorkami wzbogaciło też moją córkę. Mamy taką umowę, że za każde brzydkie słowo płacimy karną złotówkę do skarbonki. I ja jej przez ten czas dużo zapłaciłam. Dlatego uważam, że wszyscy są w tej sytuacji wygrani. Win Win. I fryzjerka i Helenka i Pipson. Brawo ja.




(nieszczęścia chodzą parami)



130 wyświetlenia

©2020 by Tygrys. Stworzone przy pomocy Wix.com