• Marta Tygrys Pokorska-Jurek

Kwarantanna nauczyła mnie szacuneczku. Felieton

Aktualizacja: lis 13



Wiele grup zawodowych było od pewnego czasu szczególnie niedocenianych. Myślę tu o sprzedawcach, którzy po zakończeniu stanu wojennego przestali decydować, co kto dostanie spod lady. Chodzi mi też o lekarzy, którzy stracili autorytet w dobie szerokiego dostępu do autodiagnozowania u dr-a Google. Kurierzy, jako opłacani donosiciele, też byli traktowani z podejrzliwością. Pandemia zmieniła to o 180°. Lekarze wreszcie zyskali należyty respekt. Ekspedienci wyganiają ze sklepu jak jest za dużo klienteli, a kurierom kłaniamy się już z daleka i nawet nie zapuszczamy przy nich żurawia do paczki.


A jeśli chodzi o mnie? Cóż, nigdy nie miałam problemu z szacunkiem do ludzi indywidualnych. Jako przyjaciółka i córka lekarek mam szczególnie dobry stosunek do służby zdrowia. Ale muszę się do czegoś przyznać. Przyznać, kto u mnie zyskał punkty estymy i jaką grupę zawodową doceniłam, kiedy straciłam do niej dostęp. Czuję się nieco skonfundowana, więc napiszę to cichcem - ta grupa zawodowa to psi fryzjerzy. Pisząc tekst o Pipsonie, yorku miniaturce, którego adoptowałam od fryzjerki, która kąpała mojego psa Alfreda pod prysznicem z ceratką i suszyła identyczną suszarką, jak mam w domu, trochę darłam łacha z groomerów. Przyznaję - nie doceniałam kunsztu. Nie doceniłam też koafiury Pipsona. Napisałam, że Pipi była niemal łysa i wyglądała jak chomik. Nie, otóż była wygolona równiutko. Mnie tak nie wyszło.


Jedyna maszynka, którą mam to analogowy Dżylet z potrójnym ostrzem. Odpadła w przedbiegach. Nożyczek fryzjerskich jest u mnie deficyt. Sięgnęłam więc po te do papieru z IKEI. Ten szwedzki sklep ma frymuśne hasło “Ty tu urządzisz”. I faktycznie nieźle Pipsonka urządziłam. Od razu mówię - pacjent przeżył, obyło się bez skalpów i interwencji WWF ze spychaniem mnie do morza. Po prostu efekt był zgoła awangardowy. W łazience było dość ciemno, co tłumaczy to całe “zgoła”, czyli dość losową ażurowość okrywy. No i Pipi ruszała się, jak przycinałam jej futro na głowie, przez co ma niestety, taki łysy placek na czółku. Na grzbiecie zostawiłam jej irokeza bo trochę poniosła mnie fantazja, a może dlatego, że widziałam taki filmik na youtubcu o śmiesznych fryzurach zwierząt domowych. Moja koleżanka powiedziała, że sama mogę robić kanał wideo, jak z brzydkiego psa, zrobić psa szpetnego.


Jeszcze do niedawna myślałam, że przepłacę, udając się do profesjonalnego groomera. Że przecież podcięcie futra to sprawa banalna. Biję się w fiszbiny - nie jest. Odszczekuję i popiskuję o wybaczenie. Moja córka, jak zobaczyła Pipi, od razu doceniła moje starania - Mamuń, nie martw się, odrosną. Urażona Pipi czmychnęła do swojej komnaty w schowku na buty i wyszła do ogrodu dopiero następnego dnia. Bynajmniej po to żeby się wysikać. To jak wiemy robi w domu. Wygrzebała sobie dół i się w nim okopała, co pogrążyło mnie, jako fryzjera, jeszcze bardziej.


Od moich popisów groomerskich minęło już parę dni i zdaje się, że Pipson nie pała do mnie taką urazą. Co oczywiście nie znaczy, że mi zapomniał. Obiecuję by następnym razem oddać ją w ręce profesjonalisty. W końcu przecież chcę, żeby każdy członek mojej rodziny wyglądał jak człowiek.


©2020 by Tygrys. Stworzone przy pomocy Wix.com